Capoeira, pompki i wampiry (by Nikos)

2021-09-02

Jak to jest przeprowadzić gromadkę chłopaków od dziecka do pełnoletności? Czemu “robienie niczego” to marzenie ściętej głowy? Kto daje się złapać na pompki obozowe? Co sprawia, że nie ćwicząc, wciąż chce się być częścią grupy? I w końcu: czy warto? O obozach capoeirowych i doświadczeniach własnych słów kilka. 

2013 rok. Kozienice. Ta data i to miejsce stały się początkiem czegoś nowego. Właśnie wówczas po raz pierwszy pojechałem na obóz jako opiekun i wraz z Kubą Polaczyńskim wzięliśmy pod opiekę wesołą gromadkę dzieci, które oscylowały wtedy w okolicach 10 roku życia. Już wówczas przyświecała nam chęć aby te obozy były czymś wyjątkowym, czymś do czego chętnie się wraca myślami. Poza standardowym planem dnia, obfitującym w treningi fizyczne oraz muzyczne, znalazł się czas na poznawanie gier planszowych, filmowych adaptacji komiksów oraz naukę pierwszej pomocy (w tak krytycznych sytuacjach jak urazy przy grze Maculele z użyciem szabli zamiast zwyczajowych kijków). Te pierwsze doświadczenia uświadomiły mi jak bardzo podopieczni mogą zmienić wyobrażenie o rzeczywistości oraz, że należy mieć zawsze plan B oraz C, a najlepiej jeszcze D, E i parę kolejnych liter alfabetu. Otrzymałem również motywację do pracy na kolejne lata i po zakończeniu tego pierwszego obozu, zacząłem opracowywać plan na kolejny. 

 

Obóz w Lewinie Kłodzkim w 2015 roku przyniósł nowość w postaci łączonego wyjazdu wraz z grupą karate, ich trenerami i instruktorami kickboxingu. Uczestnicy mieli szansę trenować nie tylko pod okiem zagranicznych profesorów capoeiry ale również poznać podstawy innych sztuk walk. Ten wyjazd przyniósł również pewne zmiany w zasadach obozowych, ponieważ to właśnie po nim zaczęliśmy baczniej przyglądać się nawykom żywieniowym naszych podopiecznych i wprowadziliśmy, panujące po dziś, limity łakoci oraz listę produktów zakazanych. Zmiany zostały przyjęte przez najmłodszych z umiarkowanym entuzjazmem, były nawet przejawy buntu ale opór był bezcelowy. 

 

Kolejny rok był dla mnie przełomowy, zrodził kolejną tradycje obozową i wpędził mnie w tryby maszyny imaginacji. Jadąc na obóz do Mrzeżyna, pierwszy, który odbywał się nad morzem, chciałem żeby wydarzyło się na nim coś niezapomnianego. Z pomocą Liliany Gozdeckiej-Daniel przygotowaliśmy dla starszych chłopców grę nocną, w którą zaangażowała się również spora część, obecnych na obozie dorosłych, a jej motywem przewodnim było polowanie na wampira. Pojęcie “starsi chłopcy” jest dość relatywne, ponieważ rzeczywiście byli starsi od pozostałych nieletnich uczestników ale ich wiek nie przekraczał 14 lat, a większość miała 12. Nie wiem czy dziś zdecydowałbym się na taką atrakcję, ale wówczas sam byłem młodszy i odważniejszy - a dzięki temu dostarczyliśmy chłopakom niezapomnianych wrażeń, do których wracamy we wspomnieniach po dzień dzisiejszy. Pragnę uspokoić, że żaden nie cierpi z powodu zespołu stresu pourazowego. 

Następne obozy upływały w podobnym tonie. Wypracowaliśmy w grupie schemat postępowania, do codzienności weszły przedposiłkowe pompki, katalog kar za przewinienia (zwłaszcza za nieporządek - pokój nr 15 z obozu w Stegnie dalej śni mi się jako wychowawcza porażka) oraz nagród za dobre sprawowanie, a także obozowe gry nocne, które organizowałem dla swojej grupy, zawsze ze wsparciem innych dorosłych (którzy też dobrze się przy tym bawili). Do stałej ekipy opiekunów dołączyły dwie cudowne dziewczyny - Iza Smolarska i Maja Sierpińska. Wspólnie staraliśmy się, żeby obozy letnie stały na najwyższym poziomie. Przed każdym zimowym mówiliśmy sobie, że nie robimy nic specjalnego, że tym razem dajemy sobie na wstrzymanie i zbieramy siły przed kolejnym “letnim”. Nie udało nam się ani razu.

 

Professora Alegria dbała o to, aby uczestnikom obozów nie zabrakło niczego pod względem rozwoju capoeirowego, zapraszając co i rusz nowych gości i wymyślając nowe kombinacje treningowe. Nasza trójka dbała o to aby dzieciaki pod naszą opieką nie znały słowa “nuda”. Alegria dawała nam zielone światło za każdym razem kiedy przychodziliśmy z czymś nowym. Na próbę wystawiliśmy ją w 2019 roku. W owym roku odbył się bowiem pamiętny obóz w Przyjezierzu. Wspięliśmy się na wyżyny swojej wyobraźni, budżetu i wytrzymałości nerwowej naszej Profesory. Przygotowania rozpoczęliśmy na kilka miesięcy przed obozem. Zaplanowaliśmy grę, która miała się ciągnąć przez cały obóz. Motywem przewodnim była mitologia słowiańska, którą postanowiliśmy przybliżyć naszym wychowankom. Każda grupa posiadała inny wątek fabularny, któremu musiała sprostać. Dzieciaki spędzały więc sporo czasu na odcyfrowywaniu zagadek, znajdywaniu wskazówek, ukrytych artefaktów i dążeniu do zakończenia przygody przed końcem obozu. My natomiast spędzaliśmy każdą wolną chwilę na zakopywaniu skarbów, chowaniu wskazówek i przygotowywaniu ataków mitycznych, słowiańskich istot. Oczywiście nie mogło zabraknąć gry nocnej, której przyjezierskie wydanie było moim ulubionym. 

W trakcie tego obozu po raz pierwszy urządziliśmy również Capogeddon - bieg z przeszkodami z elementami capoeiry. Pierwsza edycja była dość skromna ale zabawa była przednia i pomysł przypadł do gustu uczestnikom.
Tamtego lata naszym największym marzeniem (oczywiście poza radością dzieci, którą wyraziły dobitnie w trakcie okładania nas, wykonanymi przez siebie piankowymi mieczami), była odrobina nieprzerwanego snu. Wróciliśmy wyczerpani ale szczęśliwi i z poczuciem dobrze wykonanej roboty. 

Ostatni obóz, który odbył się w 2021 roku, w Ostrowiu, był dla mnie wyjatkowy. Kontynuowaliśmy nasze obozowe tradycje, zorganizowaliśmy kolejną edycję Capogeddonu i daliśmy z siebie wszystko żeby przygotować atrakcyjną ofertę dla uczestników. Po opiniach na zakończenie, myślę, że nam się to udało. Dla mnie jednak był to ostatni obóz w roli opiekuna. Wydaje mi się, że zrealizowałem swoje zamierzenia - doprowadziłem grupę chłopaków od wieku dziecięcego do pełnoletności, zaraziłem sporą grupę sympatią do gier planszowych oraz parę osób do gier RPG (kiedy słyszę jak spotykają się poza treningami i spędzają razem czas z dala od komputera, to moje serduszko rośnie). Przede wszystkim jednak mam nadzieję, że wszystkie te osoby, które spędziły czas pod nasza opieką, będą miały niezapomniane wspomnienia, do których zawsze z chęcią wrócą. Obozy pod naszym sztandarem obfitowały w wiele twardych zasad i ograniczeń ale znakomita większość ostatecznie przyjęła je za coś wyjątkowego i rozumiała, że służy to kształtowaniu hartu ducha. Jeśli mogę być z czegoś dumny, to z tego jakie więzi udało się nam stworzyć w obrębie grupy, na jakich zacnych ludzi wyrośli chłopcy, których pamiętam od 2013 roku oraz, że po tych wszystkich latach jesteśmy ze sobą blisko jak rodzina. Bo tak też widzę nasza grupę, jako jedną dużą, capoeirową rodzinę, z którą warto się trzymać nawet jeśli z powodu kontuzji nie można czynnie uczestniczyć w jej życiu. 

Odpowiadając na pytanie czy warto było tyle się męczyć, stresować i poświęcać czas na przygotowania, jest tylko jedna odpowiedź - tak! Coś jednak się kończy, a coś zaczyna, parafrazując Andrzeja Sapkowskiego. Dla mnie kończy się czas bycia opiekunem, a zaczyna okres pełnego korzystania z obozów, innych wydarzeń oraz codziennego życia grupy, bo nie chce odpuszczać ćwiczeń. Wierzę, że kolejne osoby, które podejmą się sprawowania opieki nad najmłodszymi przyjdą z nowymi pomysłami i sprawią, że następne pokolenia młodych obozowiczów będą miały niezapomniane wspomnienia, do których będą wracać z uśmiechem.